Halina Solecka. Urodzona w 1961 roku w Nadolanach. Jako młoda dziewczyna pracowała przez rok w sklepie w Woli Sękowej. Czas jej pracy pokrył się z okresem kryzysu, co sprawiło, że praca w sklepie stawała się dużym wyzwaniem. Podczas rozmowy opowiadała o blaskach i cieniach tego momentu swojego życia, a także o kryminalnym wydarzeniu, jakim było pamiętne włamanie do sklepu. Warto wspomnieć, że dziś w budynku po sklepie mieści się Pracownia ceramiczna ULRA.
1. Praca w sklepie w czasach kryzysu
Nie stresowało mnie, bo ja to lubiłam. Jak byłam małym dzieckiem, tu sąsiadka pracowała w Nadolanach w sklepie. Zawsze w niedzielę szła towar wykładać. Ja z nią za rękę szłam ten towar wykładać do tego sklepu, ja to lubiłam. Po prostu od dziecka. Nie stresowało mnie to. Tylko, że to były takie czasy ciężkie, że ile człowiek udźwignął od tych słów na barkach, to to było jego. Kryzys był. Do sklepu przeszło 2 kilo Kiełbasy Zwyczajnej. Kolejka była. Nie wiadomo było jak to dzielić. To później takie wyzwiska… Ten nie dostał, ten dostał… No ciężkie były czasy, ciężko. Jeszcze wtedy kartki były. Wiadomo, mąka, kasza to wszystko. Trzeba było te kartki kleić. Po co to komu było potrzebne, nikt tego potem nie sprawdzał. No ale byly takie wymogi. Na kartkę ileś tam słodyczy, ileś papierosów. To było najgorsze takie. Człowiek, wiadomo, jak jest chce dać każdemu. Za alkohol było, zamiana na wędlinę czy na słodycze znowu. Tak te kartki, to było takie ciężkie.
2. Zakupy za jajka
Był skup jaj w sklepie. Tak, że ludzie jaja przenosili. A mnie brakowało pieniędzy, żeby za te jaja ludziom zapłacić. Towar wzięli to wzięli, ale nieraz było jaj bardzo dużo, że brakowało [żeby zapłacić za nadwyżkę jaj]. Do banku jeździłam, wybierałam pieniądze. Takie były czasy. Dawniej to na kilo jajek osiemnaście sztuk czy siedemnaście, jak były duże, szło. To już tak na oko człowiek widział, że to będzie kilo. No i każdy się tym posługiwał. No to były pieniądze z rolnictwa.
3. System sprzedaży za kartki
Był towar na kartki. I te kartki, które bym no na przykład pani z kuponu wycięła, trzeba było na arkusz nakleić. Tam było 10 na 10. To trzeba było liczyć i z tego się rozliczyć. Z danej, z danego, na przykład, cukru, czy mąki, to trzeba było, żeby się kartki zgadzały. Ile kilogramów na kartkach, tyle kilogramów przyszło. To wszystko musiało się zgadzać. I trzeba było wykaz robić, obliczyć, podsumować. Z faktury tyle i tyle kilogramów mąki przyszło. Tyle i tyle mam kartek na to. Trzeba było się rozliczyć dokładnie z tego.
Na zwykłej kartce z bloku czy z czego się kleiło, niektórzy spinali, ale wiadomo jak się zniszczyło, to potem tej kartki nie przyjęli. Kartki były pierwsze wielkie, później takie były malutkie karteczki, centymetr na centymetr. I to żeby się nie pogubiło to lepiej było kleić. Opisywało się te arkusze, ile tam było tego.
Czy słodycze? No nie wiadomo było jak mam czekoladę podzielić. Czy na pół ciąć, czy dać całą, a kartkę mi doniesie na drugi miesiąc. To były ciężkie takie czasy.
4. Potrzebował, czy nie potrzebował – kopował.
I wtedy było tak, że potrzebował, czy nie potrzebował, ale jak miał kartkę to musiał kupić. I później słyszałam, jak ludzie mówią: O jejku, ile kaszy myszy zjadły, ile tam czegoś. Bo to nie zawsze na miesiąc potrzebuje ktoś kilogram kaszy.
Aleksandra Karmelita:
A dlaczego musiał kupić?
Halina Solecka:
Była taka mentalność ludzi. Jak ma kartkę to woli pozwolić czemuś się zepsuć. Ale musi kupić, bo to jest należne. Jak się należy, to się należy. Takie były czasy.
5. Ludzie – klienci
No pamięta się, pamiętam. Bardzo mile wspominam takiego dziadzia, Kanonika. Z Woli, on już nie żyje. Bardzo uczciwy facet, pomocny. Przychodził, jak tam myszy szły do sklepu. On rano był przed otwarciem i już mi łapki nastawiał na myszy. Jak była mysz wcześniej złapana, to ognisko palił. Kadził nad ogniskiem te łapki, bo mysza nie pójdzie, jak poprzednią złapaną czuje. To był dusza, nie człowiek, naprawdę.
6. Mandat za smalec na betonie
Pamiętam raz zapłaciłam mandat. Policja mi dała, bo w lecie smalec był na betonie. Na poziomie betonu jest chłodniej. On się topił, normalnie się topił. Ale później prezes mi wrócił za ten mandat, no bo to wina jest GS-u, że nie ma lodówki a nie mój problem.
7. Włamanie do sklepu, historia kryminalna
Pierwsze trzeba było sobie poodśnieżać do drogi, żeby ludzie mogli dojść do sklepu. Napalić, żeby było ciepło, nie było centralnego. Tylko ten piec. Później miałam taki elektryczny, takie słoneczko. Właśnie, kiedy włamanie było do sklepu, to się złodziej przy tym słoneczku grzał. Siedział. Tam moja bluza była, to ukradł i tą bluzę. I wtedy mąką zacierał ślady za sobą. To było tak, tak już mokro, ale nie było śniegu. Zasypywał ślady za sklep, tam do góry kawałek taki. To było chyba włamanie gdzieś w lutym. Dopiero go w maju złapali. Bo to więzień, chyba z Karlikowa uciekł. Ukradł na leśniczówce takiego dżipa. Później sklep. Później taka lnianka była, co tam skup lnu, takie stogi duże. Tam też tego faceta coś tam postraszył. I złapali go przy niemieckiej granicy.
Rozprawa była w sądzie. Ale jaka to marnota. Bo ani nie wyłamał drzwi. Tylko jak od drogi były drzwi, tam była krata. Tą kratę się na kłódkę zamykało. Ale ta krata była taka ruchoma i on się pomiędzy drzwi a kratę. Bo tylko wyciągnął szybę z drzwi, oparł i pomiędzy tą kratę właśnie się wśliznął. No to taka mizernota była. No ja nie wiem czy on sobie 50 kilo ważył. No no to. To tak się.
A.K.: A mówili ludzie co to za człowiek?
To nie było wiadomo. On chciał do Niemiec uciec, skądś był. Nie wiem, czy ze Śląska, czy gdzieś go przy pociągu [złapali]. Miał paszport, miał wszystko, bo to jeszcze paszporty były. No nie wiem jak to było. W każdym bądź razie w sądzie i był ubrany, na rozprawie, w mojej bluzie. Były takie, na zamek. Pamiętam, zielony kolor. I w tej bluzie go przywieźli do sądu na rozprawę.
A.K.: A pani była na rozprawie?
Byłam w później, jako świadek. Nie zginęło dużo, bo pieniędzy nie było, bo mnie zawsze brakowało pieniędzy. Ale wtedy, były, pamiętam, dużo było konserw rybnych. I on tam coś trzy puszki pojadł i popił Celestynką. Tak se grzał te puszki, butelki koło [piecyka]. Tej mąki trochę. To wiele tam nie ukradł.
Bo nie było pieniędzy, nie było tak jak teraz są pieniądze. Tam nie było alkoholu. Bo pierwsze było wino tylko. I piwo. Później to wino już zabrali, że zakaz był, zostało piwo. Tym sklep także nie było, żeby tam alkoholu papierosów nie zginęło. Nie wiem czy paczka czy już jakoś to nie pamiętam, ale w każdym bądź razie, że straty były małe oprócz tego co poniszczył.
[…]A.K.: A pamięta pani jaki, jakie wrażenie on wywarł na pani czy bardziej takie?
Że nie wiem, ja popatrzyłam na niego, to sobie myślę, no jakaś taka mizernota, no bo to było takie. Nie wiem ile miał lat. […] Bo to tyci był chłopina, no takie, takie to było. No udało mu się uciec z Karlikowa i to tak gdzieś przez las. I później tak ten samochód porzucił w Jędruszkowcach. Jeszcze w Pielni, sklep. Też włamał się do sklepu. Ale to też, to ja mówię, w każdym sklepie był skup jaj i tam nie było pieniedzy. To nie wiem czy tam co on tam ukradł więcej. Takie się rzeczy pamięta niektóre. No ja mówię, że takie miałam troszkę. Poszłam, zgłosiłam to włamanie. To przeżywałam to strasznie.

Halina Solecka podczas pracy w sklepie w Woli Sękowej