Jan Konik. Urodzony w 1952 roku w Woli Sękowej. Dzieciństwo spędził w budynku dzisiejszego Uniwersytetu, gdzie zostali skierowani jego rodzice, pochodzący z Tokarni. Razem z innymi rodzinami, które w czasie wojny straciły dach nad głową, spędzili w tym budynku kilka pierwszych, powojennych lat, budując w międzyczasie nowe domy. Po ślubie przeniósł się z żoną do Sanoka, jednak wrócił do Woli Sękowej, żeby pomóc rodzicom w gospodarce. Przekazał wiele wspomnień, które pamiętał od swoich rodziców – dotyczących relacji polsko – rusińskich i trudnego okresu wojennego.
1. Miejsce urodzenia
Urodziłem się w Woli Sękowej w Szkole. W 1952 roku. Na parterze. Jak się wchodzi głównym wejściem na lewo. Rodzina pochodzi z Tokarni. Było tam ze cztery rodziny polskie. Zostali, reszta została wywieziona jak wysiedlili Ukraińców. Ojca dali tu, do szkoły. Wioska została pusta. Mieszkaliśmy w szkole, dopóki się nie pobudowali.
2. Elektryfikacja. Wieczory przy lampie naftowej. Pierwszy widok oświetlonych prądem okien.
– Jesienią była lampa. U nas była numer dziesiątka. Inni mieli piątkę, malutką. A kto miał więcej, to miał dwunastkę. Czym większa cyfra, tym lampa miała szerszy knot. Jaśniejsza. Ale ta mała pobierała z kolei mniej nafty. I ona była mniejsza. Był pojemnik na naftę, na to szkło się zakładało i to się świeciło.
– Jedna była lampa w domu?
– Jedna.
– Jak wieczór przychodził, wszyscy w jednym miejscu siedzieli? – W kuchni. Jak była zima. To bardziej w kuchni. Dzieci się uczyły w kuchni. Było pisanie do lampy. Rodzice krzyczeli: „Pisz zadanie, bo przy lampie będziesz robił!” Przy lampie nic nie było widać. Żarówka dwudziestka piątka to była wielka jasność
Pierwszy raz oświetlenie elektryczne widziałem na Woli, jakem krowy pasł. A tu światło błysło! U kogoś tam. Jeszcze bez licznika świecili, na lewo, jak to się mówi. Tam gdzie elektryk jaki mieszkał, a linia główna już była zrobiona, no to popodłączał te kable, postykał. I było z tydzień czasu bez licznika. Potem już te liczniki pozakładali w każdym domu i już świeciło. Ale to było jasno. Dwudziestka piątka żarówka – i jasno!
W 1964 roku chyba prąd założyli. Jak zakładali to już można było mieć licznik i dwa światła. To każdy brał: kuchnia i stajnia. Oświetlenie na dwa punkty, a najważniejsza była stajnia i kuchnia. Żeby w stajni robić. A później każdy sobie już podłączał, to pokój, to korytarz, to potem jak tam dali to na pole trzeba dać.
3. Lampacze
A jeszcze były lampacze. Też ma pojemnik ale z blachy metalowej. Cała metalowa lampa, w środek się zakładało szkło, naftę się lało i ono było tak od wiatru osłonięte. Że można było po wietrze iść. nie za dużym, ale przeszło się. W stajni też było świecone wcześniej nie lampą, tylko tym lampaczem. I jak się jechało do Sanoka, to właśnie ten lampacz musiał być na tyle, żeby było oświetlone.
4. „Tabliczki rejestracyjne” dla koni.
Do młyna jak się jechało, do Sanoka, czy gdzieś. Na wozie musiała być taka tabliczka. Nazwisko, imię, miejscowość, numer domu, gmina i powiat. Na każdym wozie. i jak koń był taki niespecjalny, że lubiał kopnąć, to musiał mieć oznaczenie. Albo słomy napchane musiał mieć tam gdzie stał, żeby było to widać, albo jakie szmatę. Żeby on znaczny był. Za chomątem. Bo jakby panią kopnął, to właściciel odpowiadał. Ale jak miał to oznaczenie, to nie.
5. Pierwsze silniki na wsi.
Silnik. Kto to miał silnik. Najpierw nikt nie miał. Potem były silniki na 2.5 kilowata, czy 2,8. I tata był tez zapisany. Ale, że drogi miał być, to się z kolejki wypisał. Ale już była potrzeba, bo u nas była gospodarka trochę większa. Przyszedł znajomy i mówi „Po co ci 2,5? Co ci z tego. Kup se silnik 5,5 KW. to już będzie taki trochę lepszy. Bo i do rżnięcia drzewa, nie spalisz go. I tak kupił, 5,5 KW. Te 2,8 to były mniejszoobrotowe, to tylko takie gałązki cieńsze można było pociąć.
6. Do UPA werbowali pod przymusem
Jeden taty znajomy, Rusin, miał ze trzech synów. Wszystkich zwerbowali do UPA. Jeden uciekł. Przyszli na wieczór. Kazali sobie zgotować albo poszli do stajni, kur natłukli i sami sobie zgotowali. Nagotowali, najedli się. Potem temu, co uciekł, kazali się wyzuć. Na płytę gorącą na boso. Kazali mu tańczyć. No i już. Ten się popiekł, popiekł. I gdzieś sto pięćdziesiąt, dwieście metrów od domu go zastrzelili.
A.K.: Czyli to nie było takie dobrowolne? Wstępowanie do tych band?
To było przymusowe. To Ukraińce musieli przymusowo. To nie tak, że on chciał, ten Ukrainiec. Nie, nie, nie. A potem było to wysiedlenie.
7. Relacje polsko – rusińskie
Tata opowiadał. U nich mieli dobrze z Rusinami. Było tak, że kiedy sąsiedzi mieli święto, to Polacy nie robili. Robiło się ciche roboty. A jak my mieli, to oni też nic nie robili takiego, żeby hałasować. Ciche prace.
8. O postawieniu krzyża w miejscu dzisiejszego kościoła. (Przez innych nazywany krzyżem Piłsudskiego)
Ten krzyż, to nie jest Piłsudskiego krzyż. Ten krzyż jest postawiony, nie pamiętam nazwiska. Tu ten krzyż postawił, bo tam pasła krowy dziewczyna. I była opasana powrozem, czy łańcuchem. I ten krzyż ta rodzina postawiła. To nie jest krzyż Piłsudskiego.
– A jak to było, że ta dziewczyna łańcuchem opasana?
Tak jak dzieci. Ona się okręciła tym, bo, tak jak dzieci, nie uważają. Bąki były, krowa smyrgła, ją pociągła. i zabiła. Głupota ludzka.
– I na pamiątkę tej śmierci?
Tak. To jest właśnie ten krzyż.