Jan Jakubowski. Urodzony w 1929 roku w Nadolanach. Mówi o sobie, że od małego „chodziła za nim muzyka”. Uczył się grać, podsłuchując starszych muzyków. Jego talent muzyczny dostrzegli bliscy. W wieku kilku lat dostał pierwszą harmonię od wujka, który zarobił na nią podczas wyjazdu za granicę. Później, jako nastolatek, skończył dwie klasy szkoły muzycznej we Wrocławiu, dzięki cioci, która wyjechała po wojnie na tzw. Ziemie Odzyskane. Wrócił do Nadolan i grał jako harmonista w Kapeli Janów, ogrywając wesela i zabawy w okolicy.

Maria Jakubowska. Urodzona w 1944 roku w Dydni. Jako młoda dziewczyna mieszkała z rodziną w pożydowskim domu w pobliżu PGR-u w Woli Romanowej, gdzie przeprowadzili się z Dydni, szukając lepszych warunków do życia. Tam, podczas wiejskich dożynek poznała muzyka – Jana Jakubowskiego. Po pół roku, podczas którego Jan dojeżdżał z Nadolan do Woli Romanowej rowerem, została jego żoną i przeniosła się do Nadolan. Pracowała w gospodarstwie, wychowywała dzieci i utrzymywała dom. Swoim córkom przekazała talent i zamiłowanie do śpiewania.

Fragmenty rozmowy:

1

J.J.: Żyło się zgodnie. A w niedzielę. Każdę niedzielę, choć i Niemce byli. To potajemnie, ale zabawy takie się chodziło.

M.J.: Potańcówki.

J. J.: No a ja był chłopczyskiem. Od samego chłopczyska mnie muzyka w głowie. Tom lubiał. Wszystkie kawałki, jak muzyki inne grali to ja już tego (słuchał).

2

J.J.: Ja całe życie chodził za tym. Jakiś muzykant. Potańcówka jest. A ja se smyknął do stodoły, za drzwi. I ja se słuchał.

3

A jakąś zabawę na Woli Sękowej pamięta pan?

Jan Jakubowski: Wszystkie, bo na wszystkich się grało. Na wszystkim co się działo – to mój zespół. Jak już wrócił z Wrocławia, to ja objon tu. Wpierw z Głębokiego były lepsze muzykanty, a potem już mój zespół pobił tamtych.

A jak się nazywał pana zespół? Jak mówili?

Maria Jakubowska: Jany. Naprzód tam nie wiem jak. Ale, tu był w Odrzechowie. Też Janek, Drozd. I razem grali. I Jany nazwali ich, bo było dwóch Janów. Jan i Janek.

Jan J.: Mówili, że Jaśki grali.

4. Zalecanie, swaty, zamążpójście

„J. J.: Mama była z Sieniawy. Było ich trzy siostry. […] Tata był czysty Polak, a ożenił się w Sieniawie, z Rusinką. Miał takiego kolegę, chomąta robił na konie. Mówi tacie: „Wincenty, tam jest trzy siostry. Jednę se możesz wybrać.” No i wzion, na kobyłę siadł i jechał […]. No i tata se wybrał Marię, najstarsze. 

M.J.: Przyszedł tam do domu. No, żenić się chce. Drugi z nim – będzie go żenił. To nie tak, żeby chodzii ze sobą wcześniej. Jeno przyprowadził. I – chce się żenić! Z którąś. A nie znały się! Nic. No i pyta: „No, która?” Niktóre nie bardz. Popatrzyły. Niktóre nie bars miała ochotę. Ale ten, co przyszedł, ten swat, co przyprowadził kawalera, się pyta: „Pójdziesz, czy nie pójdziesz? Bo pójdę do innyj!” I co miała zrobić? Jak się chce wydać, no to… To szła. I takie było zalecanie jej.

J.J.: Mama nie bardz miała ochotę na tatę. Ale młodsza siostra, Zośka, tak: „Nie pidesz ty, to pide ja!”

M.J.: No i podegnała jeszcze! Nieraz mi tu opowiadała teściowa.

J.J.: Najmłodsza, Helka, była najładniejsza. Ale to była młodsza.

M.J.: Młoda była. A starsze dwie, jak? Dawno to tak nie było, że starsze zostawały, a którą se wybrał. Jeno pierwsze trzeba było te starsze wydać, a potem dopiero te młodsze. No bo jak – starsze zostaną, a ty będziesz się wydawać? No jak powiedział: „Pójdziesz, czy nie pójdziesz, bo pójdę do innyj!” No, to już szła, jak kto chciał. Pierwsze starsze wydawały rodzice, a później po kolei. Oni się żenili w 1927 roku, bo ty się w dwudziestym dziewiątym urodził. To mi teściowa opowiadała twoja mama. W dwudziestym siódmym, na jesień.”

5

J. J.: Tata lubiał konie. Musiał miec ładnę kobyłę, żeby miała źróbki ładne. Kochał się w koniach. Jak trza było krowę kupić, to mama wybierała. A jak kobyłę, konie, to mama: Tam jest ojciec. On wie jakie potrzeba.

6

J. J.: Nadolany – tata. Poszedł do Sieniawy.

M. J.: Tam się ożenił. W Sieniawie.

J.J.: Sabat taki był, z Sabatką.

M.J.: Babcia była, tak jak Ruska. Ale to jednak było kolanko, jak to nazywali. Bo ojciec był Polak, matka Ruska. Bo tak się żenili. Ruskie z tymi, te z tymi. Było wszystko dobrze.

J.J.: Babcia była fajna. Miała trzy córki. Tam za Rymanowem.

M.J.: Kolanko – bo Polka i Ruski razem pożenione. I dlatego nazywali kolanko.

Rozumiem.

J. J.: Ale to nic nie przeszkadzało. Aż potem Niemiec przyszedł, we łbach pomieszał.

M.J.: I zrobił Ukraińców i wtedy już bieda była.

J. J.: Wcześniej było: Ruscy, Ruskie.

M.J.: Ruskie były.

J.J.: Mój tata miał (żonę) Ruskę. Mój krzesny ojciec był.

7

M. J.: Dawno kumowie – to było tak jak rodzina. Jak trzymał jeden drugiego dziecko do chrztu, to już wtedy prawie to rodzina była. Chrzestna Matka czy Chrzestny Ojciec. To już, jakby tak matka czy ojciec umarł, to oni zastępowali dziecku matkę i ojca. Dawno to było ważne, to było ważne. I to byli kumowie, kum, czyli ten, co trzymał do chrztu. Dawno trzeba było dobrze dobrać. Sąsiada bliskiego, żeby tak to było w pobliżu.

8

M. J.: Nas harmonia połączyła! Ja mieszkałam za panny koło Ustrzyk. W PGRZ-e. Księgowy tam był z Nadolan, kolega męża. Były dożynki. I na tych dożynkach on wziął jego orkiestrę tam do nas. A my wieniec niesły. Jeszcze więcej nas tam było, cztery koleżanki, niesły my wieniec i śpiewały. A oni grali, cała orkiestra. I tak my się na tych dożynkach poznali. W nocy była zabawa i do domu odprowadził mnie. I tak myśmy się poznali. Później przyjeżdżał od mnie na rowerze. A tam taka droga była. Dawno, to nie było takich dróg. Jeno, że jak traktor wpadł w koleiny, to i nie trza było kierowcy, sam jechał! Bo już nie dał rady wyskoczyć z kolein, takie błota były. I jak do mnie jechał, gdziebądź się tam dało, to na rowerze, a jak się nie dało, to rower na nim! Musiał nieść. Tak do mnie chodził. I tak chodził, prawie całą jesień, zimę, a w czerwcu, piątego czerwca my się pobrali już. Wesele było i ślub. […] Czasami jechał pociągiem z Nowosielec, rower nadawał na bagaż, w Zagórzu musiał się przesiąść w stronę Ustrzyk, a stamtąd jeszcze dziesięć kilometrów do mnie. A czasem na rowerze z Nadolan tam jechał.”

9

J. J.: Światami, nogami. Nie było czym. Harmonię na plecy i wio. Na furmankę, na wesele. Na weselu 24 godziny grać. I rano, na drugi dzień nie odwieźli. Jeno nogami. Za to teraz nogi mam schodzone. […] Wszystkiem wesela grał. Wszystko. Wszystkim rówieśnikom i starszym trochę. Wszystkom pożenił. I wszystkom pochował…

„Pamiętam jak nieraz u nas mówiły do dziadka Szatkowskiego:

– Szatkowski, zróbcie zabawę na Woli.

Szatkowski:

– Czekaj, pojadę do Jasia Harmonisty, kiedy ma wolny czas.

Inaczej nie było. Jasiu Harmonista. Tak raczej mówili, niż Jakubowski. I zaraz, Jakubowski:  Wtedy termin, i wtedy. I już było.”

(Marian Sołtys)

10

M.J.: Tam już było dobrze. Dom był ładny, taki pod blachą. Stał pusto. I tam kosiarze, bo kosili łąki, w PGR-e, na siano. I przyjeżdżali na lato górale i kosili. Bo tam owce chowali. Kosili kosami, bo to dawno nie było. I po górach – czym będzie kosił? Traktorem nie wyjedzie Tam góry duże. Jeno kosami. I przyjeżdżali górale, kosili. I tam konie trzymali w tym domu. I trochę był zniszczony tak. Ale my to wszystko odrestaurowali, ten dom. I ładny dom był. A to tez było, że pod blachę, a nie słoma. Drewniany dom był. I tam my mieszkali. Już było kilka pokoi, już tak było naprawdę ładnie. I dobrze. I tam mnie (mąż) znalazł.

I to też po wysiedlonych? Ten dom?

Ten dom, co my poszli mieszkać do niego, to był żydowski. Żydzi mieli ten dom, mieszkali. Ale Żydów już nie było, bo to było już po wojnie. No i dom  był lepszy. To był żydowski dom.